Wojciech Walkiewicz "Powidoki".
Prezentowana wystawa zawiera w sobie dwa cykle zrealizowane przez autora w ostatnim roku,
a związane z miejscami, które są mu szczególnie bliskie - wsią Zaborze na Kielecczyźnie, gdzie autor
spędzał wakacje u dziadków i ulubione warszawskie Siekierki. Autor próbuje pokazać współczesny
pejzaż przez pryzmat swoich doświadczeń związanych z filmem, możliwościami jakie daje fotografia
wykonywana na długich czasach oraz zasady konstrukcji barwnego negatywu.

Dlaczego autor wybrał tą metodę? Według niego prawdziwy krajobraz umyka poznaniu. Feria błysków
i migoczących świateł, poruszających się liści, traw. To co rejestruje ludzkie oko, ulega przetworzeniu
i do mózgu dociera tylko ogólne wrażenie tego, co widzimy.. Podobne zagadnienie próbowali rozstrzygnąć
już wcześniej impresjoniści, którzy w sposób naukowy zaczęli podchodzić do zagadnienia budowy koloru.
Fotografia w sposób oczywisty daje możliwość zanotowania wybranego momentu, przy pomocy
odpowiednich filtorów. Co jednak, jeśli podobnym zagadnieniem zajmie się filmowiec - fotografik?

Wojciech Walkiewicz zapytany o metodologię i powód takiego, a nie innego podejścia do pejzażu
odpowiada - „w przeciwieństwie do filmu, fotografia pozwala mi samodzielnie decydować o kształcie
dzieła, chciałem zrobić coś, co jest możliwe do zrobienia tylko w fotografii: krótki film animowany na
jednym obrazku! Jak na pojedynczej, nieruchomej klatce, przedstawić proces obserwacji kawałka
krajobrazu, trwający kilka, lub kilkanaście minut? Przecież w tym czasie moje oczy nawet na chwilę się
nie zatrzymują. Skaczą. To, co najszybciej przyciąga mój wzrok i czego podświadomie szukam, kiedy
patrzę na nieruchomy pejzaż, to ruch. Nie każdy zauważam natychmiast. Dużo umyka. Nie dostrzegam
powolnych, niewielkich zmian, albo bardzo szybkich. Ale też, jeżeli nie śpieszę się, mam czas na
kontemplację, to odkrywam mnóstwo ruchu w pozornie statycznym krajobrazie. Co z tego zapamiętam?
Pozostają te najmocniejsze doznania, wspomnienia, powidoki. Można jedną klatkę negatywu eksponować
raz, na długim czasie. Zapiszemy ruch. Jeżeli ten sam czas ekspozycji podzielimy na kilka- kilkadziesiąt
cząstek i tyle razy wyzwolimy migawkę, zapiszemy zmiany.

Ja zmieszałem obydwie te metody, mówi autor. Wyszedłem od tego, jak zbudowany jest współczesny
negatyw barwny. W uproszczeniu: składa się on z trzech warstw światłoczułych, każda uczulona na inną
barwę światła: czerwone, zielone, niebieskie. Suma tych świateł daje biel. Zazwyczaj, podczas
fotografowania, naświetlamy jednocześnie wszystkie trzy warstwy. Ich połączenie, przy prawidłowym
naświetlaniu i obróbce, pozwala osiągnąć poprawne odwzorowanie barw. Ale, używając odpowiednich
filtrów barwnych mogę, "jak malarz", nakładać na emulsję światłoczułą kolejne kolory. Każdy kolor
osobno. Kolejne warstwy światłoczułe emulsji barwnej naświetlałem oddzielnie używając najgęściejszych,
jakie udało mi się zdobyć, filtrów: czerwonego, zielonego i niebieskiego. Filtry miały różną gęstość,
co wyrównywałem długością i ilością ekspozycji. Między pierwszym, a ostatnim naciśnięciem migawki
upływało od kilku do kilkudziesięciu minut. Końcowy efekt, to nałożenie na siebie na jednej klatce
negatywu tych wielokrotnych, na różnych czasach robionych, osobnych ekspozycji trzech warstw
światłoczułych. Moja metoda niewiele różni się od tej wymyślonej w drugiej połowie XIX w.
Pierwsze, jeszcze szklane przeźrocza barwne. To, co tam uchodziło za błąd i niedoskonałość techniki:
przesunięcie barw wynikające z konieczności naświetlania trzech barw podstawowych po kolei, a nie
jednocześnie, u mnie stało się walorem i celem. Świadomy był wybór tych klatek pozornie złożonych
z samych błędów. Nieszczelność kasety, zaświetlenia, halacje, nieostrości to udział przypadku, a nie
świadome działanie, ale one ujawniają nam miejsca, w których rzeczywistość odkleja się od podłoża.
Używam starych, kilkudziesięcioletnich aparatów 6x9: Zeiss Ikon i Fotokor z obiektywem Schneider.
W porównaniu do fotografów z przełomu XIX i XX w. mam o tyle łatwiej, że wszystkie trzy warstwy
są w jednym kawałku, a nie trzech.

Prezentowane prace, to powrót autora do fotografii. Projekt powstał w ciągu ostatniego roku.
Zdjęcia wykonane analogowo na negatyw 6x9 przy użyciu wielokrotnej ekspozycji przez filtry
selektywne R, G, B. Cała obróbka cyfrowa ograniczyła się do skanowania negatywu i korekcji barwnej.
Prace są prezentowane w formacie 70x100 cm.

Wojciech Walkiewicz, absolwent Policealnego Studium Fotograficznego w Warszawie oraz Wydziału
Operatorskiego na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Autor filmów dokumentalnych, teledysków
i cyklicznych programów telewizyjnych.

Podziękowania:
W imieniu autora dziękujemy Panu Mirosławowi Warchołowi ze Studia Filmowego STI, Justynie i Olgierdowi
Mroczkowskim oraz Fundacji Kultury Wici w Kielcach.


Wystawa jest czynna dla zwiedzających w dniach 08.01 – 23.01.2011.
Zapraszam Serdecznie na wernisaż 7 stycznia na godzinę 19
Kurator Anna Wolska