Andrzej Andrychowski "Foto obrazy"


Często uważa się, że początki fotografii stricte artystycznej związane były
z prądem nazywanym piktorializmem. Autorzy tworzący w tej manierze chcieli
zerwać z użytkowym pojmowaniem fotografii rozumianej jako „rzemieślnicze
odwzorowanie rzeczywistości”, zbliżając fotografię do sztuki czystej - malarstwa
i grafiki. Oczywiście to duże uproszczenie, nie bez wpływu bowiem na poszukiwanie
odmiennego wyrazu w fotografii miały ówczesne nurty filozoficzne czy prądy
artystyczne związane ze sztuką. Ta wzajemna fascynacja była dwukierunkowa.
Wynalazek fotografii spowodował bowiem przymus „rewolucji w malarstwie”
w wyniku którego autorzy coraz częściej odchodzili od klasycznego rozumienia sztuki
w kierunku wewnętrznego przeżycia intelektualno duchowego.
Gdy rozmawiamy o relacjach między malarstwem, a fotografią przypomina mi się,
przeczytana niegdyś anegdota: „gdy Picasso podróżował kiedyś pociągiem
współpasażer zapytał go nieśmiało dlaczego ludzie na jego obrazach są tak potwornie
zdeformowani skoro w rzeczywistości tacy nie są? W odpowiedzi Picasso poprosił
nieznajomego, aby pokazał mu fotografię kogoś z rodziny, gdy tamten wyjął zdjęcie
żony i powiedział „czy w rzeczywistości Pańska żona jest taka mała, płaska i czarno biała”?
To zaczepne pytanie Picassa wskazywało całkiem słusznie na pewną nierzeczywistość
fotografii wynikającą z optyki i procesu technologicznego.
Oczywiście nie wszyscy malarze spoglądali na nowe medium wyłącznie krytycznie.
Delacroix był założycielem Societe heliographique, sam kolekcjonował zdjęcia, a także
wielokrotnie pozował do portretów fotograficznych. Jako jeden z pierwszych zaczął
stosować dagerotyp, jako pomoc przy tworzeniu swoich obrazów oraz rzeźb.
Podobny stosunek do fotografii miał Degas. W jego pracach dominowało migawkowe
chwytanie postaci, wycinkowe kadrowanie, śmiałe operowanie przestrzenią oraz nietypowe
kąty. Te same elementy, podejście do kompozycji znajdujemy później w jego pastelach
oraz rzeźbach. Na przeciwnym stanowisku stał m.in. Ingres oraz akademicy, którzy
oficjalnie okazywali niechęć wobec fotografii… Jeśli więc tak wielka była siła w fotografii
u samego początku jej powstania skąd u wielu z autorów była ta potrzeba do
"konkurencji, czy zrównania w traktowaniu tej dziedziny na równi do malarstwa i grafiki"?
Dlaczego przejmowano estetykę i wzorce dotyczące chociażby kompozycji obrazu?.
Czy chodziło tylko o naśladownictwo i tak na prawdę nie wielką świadomość możliwości
jakie dawało nowe medium? Myślę, że nie. Moim zdaniem mogło to wynikać z
ogólnie przyjętego pojęcia „sztuki”, powielanego na ówczesnych akademiach
i uniwersytetach, a które odnosiło się do greckiego filozofa - Platona. Według niego -
świat rzeczywisty, w którym funkcjonujemy jest odbiciem idei. Artysta po przez proces
twórczy docierał do kwintesencji idei odkrywając świat realny. Jeśli zatem świat,
w którym żyjemy jest tylko odbiciem, to czym jest zatem fotografia? Odbiciem, odbicia?
Być może to właśnie z tego powodu część fotografików przejmowało konwencje
artystyczne i założenia do własnej twórczości. Sceny wzięte żywcem z akademickiego
malarstwa autorstwa Oscar Gustave Rejlandera, humanistyczne portrety Julii Margaret
Cameron, przedstawianie zwykłych rzeczy jako dzieł sztuki przez Petera Emersona,
w końcu działalność i dyskusje jakie toczyły się w pracowni dwu niemieckich malarzy
– fotografów amatorów - Löschera i Petscha. W trakcie tych debat rozprawiano
jak uwolnić się od smutnej spuścizny fotografii zawodowej, jak wybawić ją od
manieryzmu i skostnienia, atelierowych rupieci i wygładzającego retuszu, słowem tego
wszystkiego, czemu drugie pokolenie fotografów zawodowych zawdzięczało swe powodzenie
wśród szerokiej publiczności. Ruch ten był także protestem przeciwko rodzącej się
fotografii komercjalnej. Löscher i Petach nawoływali do powrotu do idei twórczości,
gdzie akt kreacji był przeżyciem noszącym znamiona indywidualizmu autora,
gdzie każda fotografia stanowiła unikat. Oprócz idei próbowano przysposobić sobie
również zasady estetyczne znane w malarstwie. Zwykłą odbitkę srebrową zastępowano
technikami specjalnymi – gumą dwuchromianową, bromolejem, pigmentem,
przetłokiem itd.. Szczytne idee powrotu do przeżycia duchowego związanego z twórczością
dostały się nie rzadko w zaklęty krąg technik, w rzeczywistości usztywniający
swobodny proces twórczy.
Jak zatem zakwalifikować prezentowaną w Galerii wystawę Andrzeja Andrychowskiego?
Powrót do piktorializmu, naśladownictwo malarstwa, malarstwo digitalne?
Autor prezentuje nam na swoich pracach wycinki obserwowanej przez siebie rzeczywistości
– ściany, żaluzje, firany, zaułki. Na to wszystko nakłada warstwy składające się z pęknięć,
siatek, linii, płaszczyzn przeniesionych z innych zdjęć. Rzeczywistość ulega deformacji,
przekształceniu w kolorową abstrakcję pełną kolorów i rytmów. Całość wystawy została
dodatkowo wydrukowana na płótnie malarskim i oprawiona na blejtramach. W pierwszej chwili
chciałoby się powiedzieć – przecież to malarstwo nie fotografia, zatem czy jest sens
jeszcze malować? Na pewno wielu osobom, chociażby przez fakt wartości czysto estetycznych,
wystawa ta przypadnie bardzo do gustu. Czy jednak fotografia i wydruk zastąpią
medium akrylowe lub olejne? Myślę, że nie. W malarstwie znajdujemy bowiem coś, co
można określić rodzajem „mięsa”, trzeciego wymiaru na, które składają się kolejne warstwy
koloru i farby, nanoszone pędzlem, palcem, szpachlą, pod wpływem emocji i wewnętrznego
procesu intelektualnego. Moim zamierzeniem nie jest jednak deprecjacja którejkolwiek
z dziedzin. Raczej chciałabym zasugerować widzom, jak wiele obie ze sztuk,
mają ze sobą wspólnego. Jak blisko jest fotografii do malarstwa i znów jak wiele jest np.
we współczesnym malarstwie fotograficznego widzenia (Agata Bogacka, Wilhelm Sasnal).
To czego mi brakuje w pracach autora, to pewien „technologiczny chłód”, pewna
mechaniczność i łatwość w dochodzeniu do efektów malarskich. Gęsta siatka pęknięć
i linii jest zbyt podobna. Brakuje mi także pewnego różnicowania napięć, punktów, dominant,
które skupiałyby uwagę widza, a nie byłyby tylko plamą światła. Oglądając tą wystawę
czuję się jak bym „słuchała tylko ładnych piosenek”, granych w jednej, miłej dla
ucha tonacji. Szkoda, że autor mając tak doskonale opanowane narzędzie jakim
jest photoshop, korzysta z wcześniejszych osiągnięć estetycznych. Aż chciałoby się
zobaczyć coś nowego, coś co miałoby odrobinę pewnego twórczego niepokoju, fermentu,
tego czegoś, co popychało do eksperymentów autorów jak: B. Schlabs, Z. Dłubak,
E. Hartwig, J. Wardak. Oczywiście wystawę mimo pewnego niedosytu uważam za
interesującą. Bez wątpienia Andrzej Andrychowski ma niesamowite wyczucie koloru
i kompozycji. Bardzo sprawnie posługuje się elementami rzeczywistości, grą tekstur,
świateł w budowaniu obrazów. Mam również cichą nadzieję, że wystawa ta przyczyni się
do pewnej dyskusji na temat możliwych dróg rozwoju fotografii. Bo przecież proces twórczy,
myśl która kreuje rzeczywistość jest czymś uniwersalnym, niezależnym od
obranej metodologii. Sandwiche, drapanki, collage, kadrowanie, czynności wykonywane
pod powiększalnikiem celem uzyskania obrazu pozytywowego, nie wiele różnią się
co do zasady z tym, co w swych możliwościach oferują programy komputerowe.
Czasem tylko mam wrażenie, że mimo tych „nowych zabawek” autorzy ciągle
mentalnie tkwią u progu XX wieku, bojąc się szukać nowych dróg i możliwości jakie
otwierają przed nimi nowe technologie.

Kurator Anna Wolska


Andrzej Andrychowski, urodzony w Warszawie, ukończył na Uniwersytecie Warszawskim
wydział Organizacji i Zarządzania. Fotografuje od 30 lat. Zajmował się także pracą z młodzieżą
współprowadząc pracownię fotografii w Pałacu Młodzieży. Tam zetknął się również z różnymi
fotograficznymi działaniami w klubie 6x6, z którego wyrosło wielu znamienitych fotografów.
W roku 2009 ukończył z wyróżnieniem warsztatowy rok Studium Fotografii prowadzone przez
ZPAF OW. Był uczestnikiem wielu wystaw zbiorowych i indywidualnych w kraju i za granicą.


Wystawa jest czynna dla zwiedzających w dniach 04.01 – 19 lutego 2010.
Zapraszam Serdecznie Kurator Anna Wolska